Wspomnienia z budowy franciszkańskiej świątyni

Ludzie chcieli kościoła

- Ta budowa scaliła ludzi. Wtedy nawiązało się wiele przyjaźni, które trwają po dzień dzisiejszy. Kiedy wróciłem do Jarocina w 2002 roku po 19 latach przerwy, mówiono mi, że teraz to ludzi nie poznam. Teraz taka budowa, jak ta sprzed trzydziestu lat, byłaby nie do zorganizowania. Nie do pomyślenia jest, żeby teraz ktoś z własnej nieprzymuszonej woli przyszedł i zapytał, co może pomóc - wspomina ojciec gwardian Sylwin Wojdanowicz, budowniczy kościoła parafialnego św. Antoniego Padewskiego.

Budowę pierwszego kościoła ojców franciszkanów uniemożliwił wybuch II wojny światowej. Po wojnie wznowiono starania o zezwolenie na budowę. Niestety prośby były konsekwentnie odrzucane. Mimo tego franciszkanie wierzyli, że uda się im wreszcie wybudować świątynię. - Gwardian ojciec Wojciech Kaczmarczyk sprowadził w 1956 czy 1957 roku wiele tysięcy cegły rozbiórkowej z Wrocławia. Ja byłem wtedy w Jarocinie jako kleryk. Pamiętam jak z dwoma kolegami z filozofii czyściliśmy te cegły. Każda rodzina proszona była również o pomoc. Po podpaleniu drewnianego kościółka w 1959 roku, mimo że zniszczenia nie były duże zdecydowano o jego zamknięciu. Chciano niejako zmusić władze do wydania pozwolenia na nową świątynię. Pozwolenia nadal jednak nie było. Cegła została przekazana na inne budowy - wspomina ojciec Sylwin Wojdanowicz, gwardian w jarocińskim klasztorze franciszkanów.

Zasadnicza zmiana w staraniach się o budowę świątyni nastąpiła dopiero w 1974 roku, kiedy zakonnicy obchodzili 40-lecie pobytu franciszkanów w naszym mieście. Zakon otrzymał wtedy informację, że może ubiegać się o zgodę na lokalizację klasztoru i parafii. Gwardianem w Jarocinie został mianowany właśnie ojciec Sylwin. Zarząd prowincji wskazał zakonnika jako osobę odpowiedzialną za budowę kościoła i klasztoru. - Sprawę skomplikowała niestety reorganizacja województw, która miała miejsce w 1975 roku. Poznań nie chciał już wydać żadnych zezwoleń na podstawie których można by się starać o przydział materiałów. Baliśmy się z ojcem Serafinem, że to przedłuży budowę, bo władze będą się tłumaczyły, że muszą zapoznać się z dokumentami. Pojechałem do Kalisza do dyrektora odpowiedzialnego za budownictwo. Przyjął mnie bardzo ciepło. Tłumaczył, że co prawda nie ma jeszcze gabinetu, ale mnie przyjmie. Podpisał wszystkie dokumenty na doczekaniu, na parapecie okiennym. Byłem naprawdę pozytywnie zaskoczony. Wróciłem do Jarocina naprawdę uradowany. Później dowiedziałem się, że ten dyrektor miał brata księdza i stąd jego życzliwość dla Kościoła - podkreśla ojciec Sylwin.

Zupełnie nowy kościół...

Gwardian wraz z proboszczem Serafinem Niedbałą zwrócili się z propozycją wykonania projektu nowego kościoła i klasztoru do architekta Tadeusza Kowalczyka z Puszczykowa. - Byłem już wtedy znany jako projektant kościołów w Kolniczkach, Gołuchowie, Sowinie oraz kaplicy i wieży w Witaszycach. To był bardzo trudny projekt. Ta działka położona była w nizinie, dlatego zaprojektowałem takie schody podzielone na czterostopniowe odcinki. Inaczej trzeba by wchodzić do górnego kościoła przez dolny. Wiem, że to jest utrudnienie dla osób starszych, chorych, ale inaczej nie dało się tego wymyślić. Starałem się, żeby schody były możliwie jak najbardziej wygodne do wchodzenia - wspomina projektant. Tadeusz Kowalczyk podkreśla, że miał wolną rękę i dlatego zaprojektował kościół, w którym nie było żadnych antycznych elementów - kolumn z głowicami, filarów, gzymsów. - Kompletnie zrezygnowałem ze starych wzorców. Wymyśliłem wszystko nowe. Nie ma też tradycyjnego podziału na nawy. Chór jest nie z tyłu, ale z boku, bo jest powiązany z chórem klasztornym, wewnętrznym. Pewne rozwiązania były konieczne z uwagi na to, że z kościołem łączy się klasztor. Starałem się ustawić okna tak, aby słońce nie świeciło ludziom w oczy. Projekt bardzo się podobał księdzu kardynałowi Stefanowi Wyszyńskiego. Kiedy zobaczył go powiedział: „nareszcie inny kościół!”. Ja też jestem zadowolony z tego projektu. Budowa musiała być wykonana szybko. Zakonowi zależało na czasie. Trzeba było zmieścić się w czterech latach. W trakcie budowy dojeżdżałem do Jarocina czasem nawet dwa razy w tygodniu - mówi architekt. Zanim jednak przystąpiono do budowy trzeba było przeprowadzić badania gruntu. Odwierty były robione ręcznie przez dwa czy trzy tygodnie w kilku miejscach.

            Budowę nowych obiektów franciszkańskich zlecono dwóm mistrzom murarskim - Kazimierzowi Rzepczykowi z Jarocina i Janowi Jóźwiakowi z Ludwinowa. - Wspólnie remontowaliśmy pałac w Czachorach. Od tego czasu znaliśmy się bardzo dobrze. Robiliśmy razem też plebanię przy kościele Chrystusa Króla. Kiedy więc zwrócił się do niego ojciec gwardian w sprawie budowy kościoła i klasztoru przyjechał do mnie z dokumentacją i pytaniem, czy będę robił to razem z nim. To się zgodziłem. Współpraca między nami była taka, że rozumieliśmy się bez słów. Każdy wiedział co pomóc, co podać. Ta budowa w Jarocinie to nie była dla mnie wbrew pozorom dla mnie największą robotą. Później, w latach 80-tych przez 9 lat budowałem Prymasowskiego Seminarium Duchownego w Gnieźnie. Ja nie bardzo chciałem się zgodzić, ale okazało się, że kardynał Wyszyński, który znał mnie z Jarocina, nalegał na zatrudnienie mnie przy budowie uczelni. Człowiek z satysfakcją patrzy na to, co zrobił. Przecież człowiek ma tylko siedem klas szkoły podstawowej. I ja z takim móżdżkiem budowałem kościół - wspomina Jan Jóźwiak.

Murarz podkreśla, że robota była ciężka, trudna, bo teren nie należał do najłatwiejszych, a poza tym nie było nowoczesnego sprzętu - koparek i dźwigów, wind czy rusztowań. - Betoniarkę trzeba było wiele razy przenosić, bo było straszne błoto. Ja po robotach jesiennych na wykopach pod klasztor musiałem przez dwa tygodnie pompować wodę. Naprawiałem pompy i jakoś szło. Tam była normalnie gzika. Ile razy but gumowy zostawał w błocie i człowiek szedł w skarpecie. Człowiek myślał, jakim sposobem zrobić, żeby było dobrze. Czasami się zdarzało, że architekt zaplanował coś w projekcie, co w praktyce nie zdawało egzaminu. Wprowadzaliśmy wtedy konieczne poprawki - podkreśla Jóźwiak. Dodaje, że pomieszczenia magazynowe pod schodami kościoła, to był jego pomysł. - Architekt wymyślił schody na nasypie. Ja wiedziałem, co się będzie działo. On się nie chciał zgodzić, bo wymarzył sobie skarpy. Powiedziałem mu, że skarpy można zrobić, ale na dole robimy żelbet i dodatkowe pomieszczenia. Dzięki temu schody dobrze się trzymają. Są stabilne na fundamentach. Gdyby to zostało zrobione według projektu, to byłaby ruina. Kowalczykowi marzyło się puszczenie wody na brzegi skarpy. Dopiero jak zaczęli wozić ziemię na boki schodów, dopiero ojciec Sylwin uświadomił sobie, ile trzeba by ziemi, żeby zrobić nasyp. Poza tym taki nasyp powinien leżeć przez jakieś 10 lat. Z kolei jeśli chodzi o konstrukcję, to uważałem, że konstruktor zaprojektował zbyt wiele stali. Namówiłem ojca Sylwina, żeby pojechał do niego i spróbował zmienić projekt. Zapłacił za zmianę 40 tys. zł, ale dzięki temu zaoszczędził 40 ton stali czyli jakieś 180 tys. zł - tłumaczy Jan Jóźwiak.

Pamiętają małą Anię i pana Zyska...

Ojciec Sylwin wspomina, że ludzie w tych czasach byli bardzo ofiarni. Chętnie wspierali budowę finansowo i przychodzili pomagać. - Bardzo dużo było kobiet, bo miały więcej czasu. Większość zajmowała się wtedy domem i nie pracowała zawodowo. Dla pracowników gotowana była zupa. Panie zawsze mówiły, że przyniosą same sobie jedzenie. Uważały, że gotowanie posiłku, to są niepotrzebne koszty. Dużo było życzliwości i zrozumienia. Kiedy ogłosiliśmy, że będziemy organizować zbiórki na budowę w pierwszą niedzielę miesiąca, to przyszli do nas i powiedzieli, żebyśmy przenieśli kolektę na drugą niedzielę, bo wszyscy nie są jeszcze po wypłatach. Pamiętam, że taka zbiórka inwestycyjna była piętnaście, siedemnaście razy większa niż w pozostałe niedziele. Ludzie mieli pieniądze, ale nie mogli za nie nic kupić i dlatego łatwiej się im było podzielić. Nie zarabiali wtedy kroci, ale więcej im zostawało. Pamiętam, że średnio zarobki wynosiły 1.500 - 1.700 zł. Maszyniści na kolei, którzy mieli nadgodziny, dostawali 2.300 zł - podkreśla gwardian. Przez cały czas modlono się też o szczęśliwe zakończenie budowy. Co tydzień odprawiana była msza św. z podziękowaniem za miniony tydzień i z prośbą o dalsze błogosławieństwo Boże. - Na budowie zawsze czuliśmy opiekę patrona św. Antoniego. To, że nic złego się nie stało, to był naprawdę cud. Zdarzyło się co prawda, że w trakcie przesuwania rusztowania belka spadła na głowę dwóm pracownikom, a inżynier Kowalczyk spadł z chóru, ale oba te wypadki szczęśliwie się zakończyły. Dla nas były to widoczne znaki, że Bóg czuwał nad budową - podkreśla gwardian. Wśród pracujących na budowie oprócz ojca Sylwina Wojdanowicza często można było zobaczyć samych zakonników, m.in. ojca Klaudiusza Grześczaka i ojca Kanizego Koźlika. W czasie wakacji do pomocy przyjeżdżali także klerycy z seminarium w Katowicach - Panewnikach.

            Wielu z tych, którzy pomagali na budowie, wspomina wspaniałą atmosferę, jaka panowała wśród ludzi. Mówią, że była to zasługa szczególnie starszych osób, którym zależało, żeby kościół był jak najszybciej gotowy. - Tony cementu przychodziły przeważnie w niedzielę. Trzeba było je szybko rozładować. Ojciec Serafin dzwonił do mnie, bo miałem telefon. Wtedy było ich naprawdę niewiele. Ja z kolei chodziłem od domu do domu i prosiłem o pomoc. Ludzie różnie komentowali. Czasami były to głupie, złośliwe odzywki. Żeby namówić z 10 chłopów, to musiałem się trochę nachodzić. Potem okazywało się, że ci co najwięcej gadali, potem przemyśleli sprawę i jednak przychodzili pomóc. Cement był gorący. Prosto z produkcji. Parzył ramiona. To nie była łatwa praca. Za magazyn służył początkowo stary drewniany kościółek. Później materiały były przeniesione już do dolnego kościoła. Ojciec Serafin prosił o pomoc i ludzie przychodzili. Czasami trzeba było jednak, żeby ojciec Sylwin wszedł na ambonę i pokrzyczał. Na drugi dzień przychodziło po 100 ludzi. Najczęściej wystarczało jednak dobre słowo proboszcza - wspomina z sentymentem pan Marian, który był jedną z osób pomagających przy budowie. Jego córka, która w tym czasie była uczennicą szkoły podstawowej dodaje, że w drodze do domu zbierali do siatek kamienie z pól i zanosili na plac budowy.

Kierownikiem budowy był Jan Tomczyk. Mieszkał w pobliżu i był już na emeryturze, kiedy ojciec Sylwin poprosił go, żeby został kierownikiem budowy. Wśród osób, które szczególnie zapamiętano z budowy był również Michał Zysk. - Miał koło 80-tki i zaczynał tracić wzrok. Zawsze mówił, że on się chyba nie doczeka kościoła i że pewnie go na własne oczy nie zobaczy. Zalewaliśmy strop dolnego kościoła. Robota szła na trzy betoniarki. On przyszedł do mnie i powiedział, że będzie odbierał taczki. Nie byłem go w stanie zniechęcić. Odbierał taczki, a ja byłem w pobliżu, żeby mu pomóc. Pilnując jego namęczyłem się bardziej niż gdybym sam je odbierał. Chciał pomóc, żeby kościół jak najszybciej stanął. I doczekał się świątyni - wspomina ojciec Sylwin. Murarz Jóźwiak dodaje, że widok pana Zyska pracującego na budowie wprawił w popłoch również architekta. - Kowalczyk, jak przyjechał na budowę, wystraszył się, że on zrobi sobie krzywdę. Tym bardziej, że już niedowidział. Po omacku wyciągał gwoździe z deseczek. Poszedłem wtedy do pana Zyska i mu mówię, że inżynier chce, żeby odszedł od tej roboty. Pamiętam, że mi wtedy odpowiedział: „to jest moje życie, jak spadnę to ja a nie on”. Kiedy umarł, zgodnie z jego wolą, trumnę nieśli murarze - wspomina budowniczy.

Kolejną osobą, która zapadła w pamięć wszystkich to „mała Ania” - młoda, siedemnastoletnia dziewczyna. - Pojawiła się kiedyś na budowie z pytaniem, czy może pomóc. Pamiętam, że była drobna, ale uśmiechnięta od ucha do ucha. Powiedziałem jej „dziecinko oczywiście, że możesz pomóc, ale może przyszłabyś z jakimiś koleżankami, żeby ci było raźniej”. Wtedy okazało się, że Ania jest z Magnuszewic i dojeżdża do Jarocina do pracy w fabryce mebli. Przychodziła przed pracą albo po pracy. Nigdy nie chciała jeść ani pić. Zawsze przychodziła z własnymi kanapkami, bo jej mama mówiła, że budowa to kosztuje. Nawet chłopy, które pracowały na budowie byli zaskoczeni jej werwą. Zawstydzała ich wożąc pełne taczki czy przesiewając żwir. A miała tylko siedemnaście lat. Pierwszą wypłatę 1.600 zł przyniosła i przekazała na budowę - podkreśla gwardian.

Nie taka władza straszna...

Ojciec Sylwin wspomina, że wbrew pozorom urzędnicy państwowi byli przychylni budowie. - Zawsze to podkreślam. Jeśli nie byli w stanie pomóc, to przynajmniej starali się nie przeszkadzać. W Jarocinie naczelnik Czesław Robakowski też nie był przeciwny. Mogę nawet powiedzieć, że był życzliwy. Wiele decyzji było wypisywane nie na klasztor, ale na moje nazwisko, żeby nikogo nie kłuło w oczy. Śmiano się nawet, że Wojdanowicz jest najbogatszy w Jarocinie - żartuje gwardian. - Wtedy można było mieć pieniądze i nic nie załatwić. Liczyły się znajomości. Korzystałem ze swoich kontaktów. Najtrudniej było z cementem. A tutaj poszły jakieś 2 tysiące ton. Kiedy z moim kolegą udało się w Strzelcach Opolskich załatwić dla gminy transport ponad 700 ton cementu, to dostaliśmy 120 ton na kościół. Ówczesny naczelnik, a obecnie radny powiatowy Czesław Robakowski podkreśla, że władza wtedy była już bardziej przychylna dla Kościoła. - To były już czasy odwilży. Ja działałem na pograniczu prawa, bo gdybym chciał dać przydział na klasztor, to sprawa trwałaby o wiele dłużej. Musiałbym wystąpić o zgodę do wydziału wyznań. A tak po cichu uzgodniliśmy w urzędzie, że ojca Sylwina Wojdanowicza będziemy obsługiwać wyłącznie jako osobę cywilną. Nie mógłbym tego zrobić, gdy moi pracownicy, szczególnie z działu handlu nie byli solidarni ze mną. Uznawałem wtedy, że klasztor i nowy kościół są temu miastu potrzebne. Skoro rzemieślnicy, społeczeństwo pomagali, to trudno żeby władza przeszkadzała. Nie chcę się chwalić, ale ta pomoc kościołowi franciszkanów nie była incydentalna. Nie muszę się wstydzić swojego zachowania i cieszę się, że mogłem do tej historii dołożyć swoją cegiełkę - tłumaczy Czesław Robakowski.

W czasach, gdy powstawał nowy kościół nie było problemów z pieniędzmi, ale trudno było nabyć materiały budowlane. Architekt Tadeusz Kowalczyk podkreśla, że ojciec Sylwin miał jednak taką siłę przebicia i kontakty, że to, czego potrzebował, w krótkim czasie było dostarczone na budowę. - Kilka razy musiałem się naginać do możliwości materiałowych. Nie wszystko udało się zrobić tak jak chciałem. Zaprojektowałem sufit w górnym kościele w formie sześciobocznych kasetonów, ale trzeba było zrobić zwykłą kratkę. Chciałem, żeby kościół był w całości wybudowany z cegły. Niestety nie udało się zebrać wystarczającej ilości cegły z jednej cegielni. To było zbierane z wielu miejsc i dlatego kościół musiał być otynkowany - podkreśla autor projektu.

Ojciec Sylwin wspomina szczególnie wizytę w klasztorze dyrektora do spraw wyznań z Kalisza. - Kiedy zobaczył, jaką mamy ilość stali na placu, pytał mnie zawsze, ile musiałem dać za ten materiał w łapę. A ja mu mówiłem, że nie dość, że nie dałem ani złotówki, to jeszcze byłem podejmowany jako dobry klient, który bierze dużo i płaci od ręki. Dostałem nazwisko kogoś, kto mógł mi pomóc i pojechałem do Katowic do „Centrostalu”. Okazało się, że muszę najpierw złożyć wniosek o przyznanie przydziału stali, a dopiero potem mogę złożyć zamówienie na poszczególne profile. Urzędniczki bardzo chętnie mi pomogły. Okazało się, że znają dobrze Panewniki. Podpowiedziały, jak mam to wszystko pozałatwiać - tłumaczy franciszkanin. I dodaje, że w zdobywaniu materiałów na budowę bardzo pomógł mi wybór Ojca Świętego Jana Pawła II. Jego kolega - ksiądz spod Milicza pojechał na inaugurację pontyfikatu i przywiózł z Rzymu pamiątkowe obrazki. - Dał mi jakieś 150 sztuk. Zostawiałem je tam, gdzie starałem się o towar. Ludzie bardzo chcieli je mieć. To był pierwszy Papież Polak. Wtedy to wywoływało wielkie emocje. Kiedy z mocą męża mojej kuzynki udało mi się załatwić 11 baterii łazienkowych, to musiałem jechać po nie do Warszawy. Zjeździłem za towarami niemal całą Polskę. Zdarzyło się, że w ciągu roku zrobiłem 60 tys. km. Dobrze, że chociaż benzyny nam nie brakowało. Zanim się coś kupiło, najpierw trzeba się było najeździć, nastarać. Same towary nie były aż takie drogie. A ile było radości, gdy w końcu udało się coś zdobyć. Załatwiało się nie tylko materiały, ale i sprzęt. Żeby dostać koparkę oficjalnie musiał ją wziąć na siebie jeden z pracowników. Dyrekcja oczywiście wiedziała, na jaki cel jest potrzebny sprzęt, ale oficjalnie udawali, że nic nie wiedzą. Nie mogli jej oficjalnie wypożyczyć klasztorowi. Ciągniki trzeba było organizować w kilku kółkach rolniczych - podkreśla ojciec Wojdanowicz.

Lidia Sokowicz

Tekst został przygotowany w 2009 roku z okazji 75-lecia pobytu franciszkanów w Jarocinie. W skróconej formie ukazał się w specjalnym dodatku do „Gazety Jarocińskiej”.