Każdy czas odczytuję jako łaskę od Pana Boga i Jego opiekę nad nami.

Jeżeli posiadasz Drogi Czytelniku doświadczenie wiary, zapraszam Cię do tego, by podzielić się nim na stronie naszej parafii, w myśl słów św. Pawła: „Wiara rodzi się z tego, co się słyszy”.

W tej sprawie prosimy o kontakt: e-mail: kontakt@franciszkanie-jarocin.pl

Cuda wokół nas wywiad

Każdego z nas czeka taki dzień, w którym nasze ciało przestanie nam służyć. Zgasną wszystkie funkcje życiowe, umilknie bicie serca. Kończy się nasza doczesna podróż. Ale jeśli w pewnej chwili Bóg pozwoli nam wrócić? Właśnie taką decyzję podjął Pan w przypadku naszej bohaterki. Co przez to chciał powiedzieć?

  • Pani córka zachorowała na raka, przeżyła także śmierć kliniczną. Jak w tym czasie kształtowała się Państwa wiara? Czy padały pytania: „Boże, dlaczego my, dlaczego nasza córka”?

W naszej najbliższej rodzinie wiele osób chorowało na nowotwory. Zarówno mój ojciec, jak i mój teść zmarli na raka. Taką diagnozę usłyszała także moja mama. Syn zachorował na nieswoiste zapalenie jelit. W tym czasie również szesnastoletnia córka usłyszała diagnozę – nowotwór. I zaczęła się walka. Tak padały pytania: „Boże czy nie za dużo na jedną rodzinę?” Wierzyłam, moja wiara była silna. Mąż, pomimo że jest osobą wierzącą, był zły na Boga. Ale walczyliśmy razem. Najpierw dwa lata, starań, by w ogóle przeprowadzić badania. Potem diagnoza – guz śródpiersia i informacja, że większość dzieci z takim guzem umiera. Podpisanie przez nas zgody na przeprowadzenie biopsji było w pewien sposób podpisaniem wyroku, ale nie mieliśmy wyjścia. Siedzieliśmy przed wejściem na blok operacyjny, gdzie córka miała robioną biopsję. Nagle zamieszanie, rozmowy lekarzy: „mamy zatrzymanie”, żadnych informacji dla nas nie wiemy, jakiego pacjenta dotyczy ten straszny metalowy wózek jak na zwłoki. Wtedy upadłam na kolana i zaczęłam modlić się do Matki Bożej Fatimskiej. Bardziej to wyglądało jak rozmowa matki z matką. Prosiłam o szansę spełnienia obietnicy danej córce: „zrobię wszystko by móc cię uratować”. Poczułam wtedy, że Maryja mnie słucha.

  • Często możemy usłyszeć od osób, które przeżyły śmierć kliniczną, o silnym poczuciu miłości i ciepła, wielkiej jasności na końcu tunelu, o duszy, która odrywa się od ciała i pragnie poruszać się w stronę tego światła. Jakie było Twoje doświadczenie Marlena?

Leżałam na stole operacyjnym. Od zawsze byłam osobą religijną i wtedy tez oddałam się pod opiekę Matce Bożej. Nie czułam żadnego strachu. Nad moją głową pojawiła się dłoń w błękitnej poświacie, głaskała mnie i uspokajała. Było ciemno, poczułam, jak moja dusza unosi się nad ciałem. I nagle ktoś mnie wepchnął z powrotem. Jak potem wypowiadał się lekarz: „nie było szans, ale chwyciliśmy tego anioła”. Trafiłam na intensywna terapię na najgorsze 24 godziny.

- Pierwszej nocy córka była bardzo niestabilna. Rano spotkałam księdza, który posługiwał w szpitalu. Poprosiłam go o Sakrament Namaszczenia Chorych. Na monitorach podłączonych do mojej córki było widać, jak podczas udzielania sakramentu organizm zaczął się uspokajać. Marlena wybudziła się na 4 dzień zareagowała na mój głos „zobacz jaka piękna pogoda” powiedziałam.

- Po wybudzeniu widziałam te samą dłoń, mówi Marlena. Tym razem machała mi tak jakby się chciała ze mną pożegnać. Kolejnego dnia widziałam dwójkę dzieci około 9 lat, chłopca i dziewczynkę. Jak się potem okazało, widziałam te dzieci na plakacie w Kościele, upamiętniającym 100 rocznicę Objawień Fatimskich, był to Franciszek i Hiacynta.

  • Jak uważacie, dlaczego Bóg kazał córce „wracać”?

Lekarze do dziś nie mogą zrozumieć recesji choroby. My, całą rodziną zawierzyliśmy Bogu. Te ciężkie przeżycia wzmocniły nas. Wiele rodzin, kiedy pojawia się choroba, rozpada się. My chcieliśmy być silni razem. Przed chorobą nasza wiara nie była tak silna, „była normalna”. Choroba córki nauczyła nas prawdziwie i dojrzale wierzyć.

  • Marlena, jak myślisz, jaką misję masz do wypełnienia jeszcze na ziemi?

Bóg ma względem mnie plan. Nauczył mnie, że nie ma stwierdzenia „później”. Później będzie czas… później zrobię… Później może nie nadejść, jest teraz.

Lekarze najpierw nie dawali mi wielu szans na przeżycie, potem nie dawali mi szans na samodzielne poruszanie, nie dawali mi szans na bycie w przyszłości mamą. Po pierwsze żyję, po drugie chodzę, po trzecie za kilka miesięcy urodzę dziecko. Otwarliśmy się na Boga, a on pozwolił mi dać nowe życie. Stałam się świadectwem Woli Boga.

  • Co byście chcieli przekazać naszym czytelnikom?

Każdy z nas zmaga się z różnymi problemami. Czasami to jest choroba, czasami rozbita rodzina, czasami może tak błahy problem, kiedy rodzice nie pozwalają ci wyjść na imprezę. Ważne, by nauczyć się doceniać ten dzień, który właśnie otrzymujecie, bo jutro może nie nadejść.

Śmierć kliniczna nie jest doświadczeniem prawdziwej śmierci. Jest to tylko dojście do jej granic. Bóg mówi nam, że na ziemi możemy żyć tylko raz:

„Nie zapominaj, że nie ma powrotu” (Syr 38,21), a także „A jak postanowione ludziom, raz umrzeć, potem zaś sąd” (Hbr 9,27)

Pamiętajmy, że na ziemi mamy tylko jedno życie, a po śmierci nie ma już powrotu. Wykorzystajmy zatem nasze życie, by kierować się w nim miłością do Boga i do bliźniego. Kiedy człowiek umiera, spotyka się z Chrystusem i wówczas dokonuje się sąd. To czas, w którym człowiek podejmuje nieodwołalną decyzję przyjęcia lub odrzucenia zbawienia.

Agnieszka Dehr